Każdy dzień wydaje się być taki sam. Brutalna pobudka, godziny
tortur, w międzyczasie marny obiad mający jedynie utrzymać mnie przy
życiu. A potem powrót do celi. Wszystko zlewa się w jedną masę i coraz
mniej obchodzi mnie własne istnienie. Nawet myśli kierujące się w stronę
ukochanej nie dają mi tej samej siły, co wcześniej. Staczam się na samo
dno, a mijający czas przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Walka,
którą podejmowałem przez ostatnie lata zaczyna kosztować zbyt wiele. A
propozycja Lucyfera kusi coraz bardziej...
Z półsnu wyrywa mnie
nieznaczny szelest skrzydeł pod drzwiami mojego więzienia. Unoszę
ociężałe powieki i mrugam nimi przez chwilę by przyzwyczaić się do
ciemności. We wszechobecnym mroku dostrzegam czyjąś sylwetkę, która
wygląda dziwnie znajomo. Gdy postać podchodzi bliżej krat oddzielających
mnie od świata i mogę zobaczyć jej twarz, już wiem, kto to jest.
—
Archanioł Gabriel — wypowiadam swe myśli na głos, a jeden z dowódców
aniołów materializuje kulę światła. Odruchowo mrużę oczy, a na mój marny
widok Gabriel kręci głową z politowaniem.
— Nędznie wyglądasz.
Cóż za odkrycie.
— Myślisz, że twoja ładna buźka byłaby w lepszym stanie po dwudziestu latach tortur?
Archanioł uśmiecha się lekko, ale natychmiast poważnieje.
— Nie przyszedłem tutaj na pogawędki.
—
To chyba logiczne. Założę się, że masz sto tysięcy lepszych zajęć niż
zajmowanie mnie rozmową o mojej przeszłości jako anioła.
— Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że sam o tym wspomniałeś. Nie miałbym serca przypominać ci tego wszystkiego...
—
Och, doprawdy? — przerywam mu, czując już lekkie podirytowanie. Nie
przyszedł na pogawędki, ale jak zwykle musi zrobić wykład o tym, jaki to
z niego troskliwy obrońca. — Szczerze mówiąc to z chęcią bym sobie to
wszystko przypomniał. Byłoby to miłą odmianą od fizycznego bólu, który
zaczyna mnie nudzić.
Link
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz